Wiosna w tym roku wyjątkowo nas nie rozpieszcza, trudno było o słoneczny weekend na przełomie kwietnia i maja. Na tydzień przed ślubem Izy i Krzyśka prognozy nie były obiecujące, no ale cóż trzeba robić swoje. Majówka, czas start!

Sobota rano, wyglądam za okno i nie jest źle. Brak deszczu, to jest najważniejsze, są nawet przebłyski słońca. Nie pozostaje nic innego jak zapakować się do auta i jechać na przygotowania. Nie wiem jak Wy ale ja uważam, że przygotowania ślubne to mega fajny czas. Można złapać kontakt z domownikami i przekonać ich do siebie, jest chwila na to by zrobić fajne detale no i oczywiście momenty wzruszenia.

Nie inaczej było u Izy. Przy domu powitała mnie mama panny młodej, którą spokojnie można było wziąć za jej siostrę. Dobrze że nie powiedziałem – Cześć jestem fotografem gdzie znajdę Twoją siostrę. Przygotowania przebiegały spokojnie, wymalowana i ubrana już Iza postanowiła coś przekąsić. Padło na kromkę chleba, to jedno z jej ulubionych dań  z dzieciństwa, jak dowiedziałem się od babci. Przygotowania u Krzyśka były ekspresowe, przy okazji wykonaliśmy kilka grupowych zdjęć rodzinnych.

Do kościoła jechaliśmy już z chmurami nad głową, odliczając kiedy zacznie się ulewa. Majówka i jej kapryśna pogoda trochę nas oszczędziła ale nie obeszło się bez drobnych kropel. Sama ceremonia prowadzona była przez wyjątkowo wyluzowanego księdza. “Jego ludzie” jak on to powiedział, to starannie wyselekcjonowana ekipa ślubna. Widać było, że chcą pomagać by ujęcia były jak najlepsze.

Sala to jak zwykle inny temat, ona rządzi się swoimi prawami. Goście rozsiedli się wygodnie, podano obiad, a po nim Młodzi zainicjowali zabawę pierwszym tańcem. Później to już była tylko szalona zabawa do białego rana!